| Drukuj | Powiadom |
Pan Benek zeznawał
![]() |
Proces przeciwko właścicielom psów, które zagryzły pięcioletnie dziecko jak na nowomiejskie warunki jest znaczący. Rzadko się zdarza, by w takiej liczbie jednego dnia wysłuchiwano kilkunastu świadków. Całe posiedzenie, nie licząc krótkich przerw, trwało ponad sześć godzin. Większość świadków, która zeznawała tego dnia w sądzie była na miejscu tragicznego zdarzenia w dniu 21 lutego 2011 roku w Katlewie. Pierwszym zeznającym tego dnia świadkiem był Jan Ch., dziadek Kuby. Jego wyjaśnienia były pewnym uzupełnieniem zeznań składanych wcześniej przez rodziców chłopca. Na miejscu zdarzenia widział ciało wnuka i ślady sugerujące, że było ciągnione. Kuba był w jakiejś bluzeczce, kurtka i czapka leżały obok. Na ciele chłopca widział wyszarpaną ranę w okolicy krtani.
Zainteresowanie sądu, oskarżycieli i obrońców oskarżonych kierowało się w stronę takich kwestii jak - gdzie znajdowały się psy w danym momencie, jak się zachowywały, czy były agresywne, czy też spokojne, ile ich było, czy widziane były wcześniej razem biegające luzem. Na takie pytania odpowiadała większość świadków zeznających w sprawie. Dziadek Kuby potwierdził, że zdarzyło się mu wcześniej widzieć psy sołtysa, biegające poza terenem gospodarstwa. Te właśnie psy, które znał od szczeniaka i alaskana widział na pewno w niedzielę, w dzień poprzedzający tragiczne zdarzenie. Jego spostrzeżenia potwierdza później wielu innych świadków.
Kluczowe dla sprawy wydają się zeznania Bernarda R., który był pierwszy na miejscu wypadku. Znalazł się tam przypadkowo, zainteresowało go ujadanie psów niedaleko chlewika, do którego szedł po węgiel. Widział z oddali jakby zwierzęta coś włóczyły, coś co wydawało się dla niego jakąś folią. Kiedy podbiegł bliżej ujrzał ciało dziecka oraz stojącego nad nim alaskana, który bronił dostępu do swojej "zdobyczy". Ten właśnie pies według świadka był najbardziej agresywny, dwie suki stały nieco dalej, jakieś dwadzieścia metrów. Malamuta próbował odgonić przy pomocy wiaderka na węgiel, co jak wyznał nie było łatwe, na pozostałe mieszańce wystarczył sam krzyk. Gdy to się w pewnym sensie udało pobiegł do mieszkania swojej siostry Janiny J. mówiąc jej, że psy zagryzły dziecko. To stwierdzenie miało swoje konsekwencje, o czym później. Następnie pan Benek próbował powiadomić właścicieli malamuta - bezskutecznie, zaś potem udał się do dziadka Kuby by spytać, czy ma wnuka w domu. W tym momencie jego rola się kończy, wraca do swojego mieszkania, bo jak mówił - nie mógł na to patrzeć.
Pan Benek alarmując siostrę o całym zdarzeniu użył liczby mnogiej - psy zagryzły dziecko. Dla niego te trzy słowa wystarczająco opisywały, to czego przed chwilą był świadkiem. Dlatego nie bardzo rozumiał pytania prawników ile w końcu psów szarpało ciało chłopca. Dla niego cała sytuacja była jasna i powtarzał jej opis kilkakrotnie, widział jednego psa nad ciałem, inne stały z boku. Przewodniczący odczytał złożone zeznania, które sporządzał na miejscu zdarzenia funkcjonariusz policji oraz późniejsze, uzupełniające spisywane przez policjantkę w Komendzie Powiatowej Policji w Nowym Mieście. W protokołach zapisano, że trzy psy szarpały coś niedaleko placu zabaw na drodze do Ostaszewa. Przewodniczący najpierw spytał, czy świadek podtrzymuje te zeznania po czym, gdy usłyszał odpowiedź twierdzącą pytał świadka dalej, czy ten widzi jakąś różnicę między tym co zeznał przed sądem a składanymi zeznaniami przed funkcjonariuszami policji. Pan R. nie widział żadnej sprzeczności, w jego mniemaniu prostego człowieka opis zdarzenia był jak tytuł filmu, zaś sama akcja przebiegała nieco inaczej.
Odmiennie też nieco brzmiały zeznania siostry świadka, pani Janiny, chociaż pan Benek się na nią powoływał, że może potwierdzić wszystko co tu powiedział. Nie była bezpośrednio na miejscu zdarzenia, będąc przy rogu budynku widziała psy ze sporej odległości, nie potrafiła jej też dokładnie określić, według niej było to jakieś 100-200 metrów. Pani Janina krzykiem zaalarmowała sąsiadów. Na okrzyki zareagował Krzysztof K. kuzyn jednego z oskarżonych, który jak się później okazało twierdził, że był pierwszą osobą na miejscu wypadku. Chwilę potem dołączył do niego inny mieszkaniec budynku Rafał G., który wezwał pogotowie.
Cała sytuacja mimo iż trwała kilkanaście minut licząc do chwili wyjścia chłopca z domu do momentu interwencji sąsiada, miała też swoją dynamikę. Różnie przedstawiał się obraz widziany przez świadków, którzy włączali się w różnych przedziałach czasowych. Na to wszytko nakładają się emocje towarzyszące przecież tragicznym skutkom zdarzenia. Często zdarza się, że świadkowie widząc to samo, różnie daną sytuację zapamiętują.
Widząc różnice w zeznaniach sąd zarządził konfrontację świadków w zakresie zachowania pana Bernarda R. na miejscu zdarzenia, czy opis w zeznaniu jego siostry jest tożsamy z tym jak zeznawał jej brat. Trudno ocenić, czy sąd uzyskał pewność z tak przeprowadzonej dodatkowej czynności, albowiem składane wyjaśnienia były dość chaotyczne. Nawet przewodniczący miał pewne kłopoty w opanowaniu temperamentu tego świadka. Jedno co można powiedzieć na pewno, to, że zeznania pana Benka mają swoją wagę. Stąd też nasza uwaga poświęcona jego osobie w tej relacji. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości oskarżyciel wniósł o dodatkowy dowód jakim ma być wysłuchanie funkcjonariuszy policji, którzy sporządzali protokoły w postępowaniu przygotowawczym. Do zeznań innych świadków powrócimy przy okazji kolejnej rozprawy, która się odbędzie na początku przyszłego roku.
(9.12.2011 Grzegorz Podkomorzy fot.gp)
Skomentuj | ||
|
Zasłona tajemnicy pękła niczym mydlana bańka - 637
Jesteś z miasta, płacisz więcej - 494 Szkoła na wariackich papierach - 440 Wypadek przy budowie torów w Montowie - 355 Rolnicy są cierpliwi, jeszcze poczekają - 313 Są winni śmierci - 301
|




